fbpx

Bój się i rób

6 października 2020

Jest kobietą pracującą i żadnej pracy się nie boi. A nawet jeżeli się boi, to uważa, że trzeba działać pomimo lęku. Przeprowadziła rewolucję na własną skalę, bo do pracy w korporacji dołączyła swoją pracę-pasję, fotografię, co zaowocowało zadowoleniem w obu. Teraz robi zdjęcia bez zadęcia kobietom, które startują z własnymi biznesami. Na ludzi patrzy tak, jak przez swój obiektyw, życzliwie i dostrzegając ich piękno wewnątrz i na zewnątrz. Z Anną Trafisz, fotografką, absolwentką 2. edycji Szkoły Liderek rozmawia Katarzyna Dziubałka.

Zajmujesz się sesjami wizerunkowymi dla kobiet, dlaczego wybrałaś akurat taki rodzaj fotografii?

Robię zdjęcia bez zadęcia kobietom, które mają własne firmy lub o tym marzą. Od dłuższego czasu próbowałam sobie odpowiedzieć na pytanie jakie jest moje WHY (S. Sinek LINK) i zdecydowanie na prowadzenie wychodzi kwestia wspierania kobiet, stąd pomysł na spotkania pełne mocy z dziewczynami, które chcą pokazać siebie autentycznie i naturalnie. Nie ukrywam, że uwielbiam też rozmowy z bohaterkami sesji, dzięki fotografiom poznaję niesłychanie dużo ciekawych kobiet, a to daje mi dodatkowego kopa do rozwoju.

Jak i dlaczego trafiłaś do Szkoły Liderek? Czy dowiedziałaś się czegoś nowego o sobie w trakcie zajęć?

Jestem absolwentką 2. edycji Szkoły Liderek, trafiłam do niej w sumie niedługo po ukończeniu studiów. To był taki moment w moim życiu, kiedy byłam w lekkim szoku. Trafiłam do świata korporacji i uświadomiłam sobie, że jeżeli nic nie zmienię, moje życie może wyglądać tak do… 67. roku życia. Dzień świstaka. Pojawił się we mnie wewnętrzny bunt i chęć wzięcia odpowiedzialności za swoje życie. W Szkole dotarło do mnie, że zmiana jest możliwa, że naprawdę ode mnie bardzo wiele zależy i mogę mieć większy wpływ na to, czy codziennie będę narzekać, że jestem w więzieniu, zamiast oglądać słońce i zbierać kasztany, czyli jak potoczą się moje zawodowe losy. Pamiętam, jak bałam się pierwszy raz zadzwonić do domu kultury, bo nie wierzyłam, że dostaniemy salę na zorganizowanie konferencji. Kolejny telefon był już mniej straszny, a potem wszystko się udało. Jednak najważniejszym odkryciem było to, że to działanie, a nie bierność mogę przełożyć też na inne obszary mojego życia, bo zawodowe jest tylko jednym z elementów, nad którymi warto pracować. Dziś jestem w zupełnie innym punkcie, czuję o wiele większą równowagę i jestem przekonana, że gdybym nie trafiła te 8 lat temu do SL, moje życie mogłoby się potoczyć zupełnie inaczej.

Poznałam tam fantastyczne kobiety, z którymi do dziś utrzymuję kontakt i dajemy sobie gigantyczne wsparcie!

Co było punktem przełomowym w Twoim życiu zawodowym?

Myślę, że u mnie przełom w życiu zawodowym zbiegł się trochę z przełomem w życiu osobistym. Po latach w korpo, zmienianiu firm i sprawdzaniu, czy to ze mną jest coś nie tak, czy może w innej firmie będę czuła się na właściwym miejscu, kiedy zostałam mamą, miałam więcej czasu, żeby zająć się swoją pasją. Mam trójkę dzieci, w tym bliźniaki, więc dzisiaj jestem sobie szczególnie wdzięczna za to, że mi się chciało chcieć, zamiast tylko spać. 🙂 Nauka fotografii pochłonęła mnie całkowicie. To była taka cudowna odskocznia od pieluch i świata, w którym w jakimś stopniu zniknęłam, bo mnóstwo energii poświęcałam wtedy maluchom. Jestem wdzięczna mojemu mężowi za to, że ogarniał nasze trio, dzięki czemu mogłam biegać na kursy fotograficzne. Niezwykle pomocna była reszta mojej rodziny i przyjaciół. Za punkt przełomowy w moim zawodowym życiu uznałabym dziś początek współpracy z Olgą Pulwarką z Belly Session i danie sobie szansy na połączenie pracy z pasją. Zaczęło się od tego, że podczas profesjonalnej, rodzinnej sesji zdjęciowej, zachwyciłem się pracą fotografki.

A potem przeczytałam artykuł, w którym sugerowano, że jeśli chce się mieć pracę marzeń, to trzeba do niej aplikować. Wysłałam maila do Olgi (którą notabene poznałam na sesji w SL), a ona odpowiedziała na moją wiadomość i przyjęła na praktyki. To było cudowne!!! Nie mogłam uwierzyć w swoje szczęście.

Drugim przełomem było odkrycie sprzed 2 lat, że korpo na pół etatu wcale nie jest złe. Wcześniej zarzekałam się, że nigdy więcej do niej nie wrócę!

A to stało się po wyprowadzce do Pragi? Trzeba zaznaczyć, że jednak wciąż realizowałaś sesje również w Polsce. Jak prowadzi się biznes w dwóch krajach?

Kiedy wyjechałam do Pragi i zaczęłam tam pracę po 20 h w tygodniu, a drugie 20 mogłam przeznaczać na fotografię, uznałam to za miks idealny. Etat dał mi poczucie bezpieczeństwa finansowego plus kontakt z fajnymi ludźmi, ale bez wypruwania sobie żył. Fotografia nie została obarczona odpowiedzialnością za zapewnianie mi chleba, co pozwoliło na cieszenie się nią. Co więcej, wciąż miałam sporo czasu dla rodziny, a także na bieganie i działania charytatywne (organizowałam kręgi dla kobiet – Praga jest Kobietą). Bardzo zależy mi na takim balansie życiowym. Ruszając do Pragi, miałam już sporo zleceń w Warszawie i sądziłam, że startując w nowym miejscu od zera, po prostu się cofnę. Na miejscu okazało się, że Polonia w Pradze bardzo się wspiera i że jest tam mnóstwo świetnych ludzi chętnych do skorzystania z moich usług. Robiłam sesje rodzinne i oczywiście wizerunkowe kobietom. Jestem bardzo wdzięczna za to, że mogłam dzięki temu lepiej poznać nowe osoby, bo na początku nie miałam znajomych w Czechach, więc każde spotkanie było jak miód na moje serce! Wyjeżdżając czułam, że opuszczam wioskę naprawdę bratnich dusz! W tym czasie wpadając do Polski w odwiedziny do rodziny, (przed pandemią) dość regularnie byłam w stanie zrobić zdjęcia, wcześniej umawiając termin, więc jest to do pogodzenia.

Jesteś jedną z bohaterek książki Liderki. Twoja historia jest wyjątkowa, a zarazem normalna, dzięki temu daje nadzieję wielu kobietom, które boją się radykalnych rewolucji. Co doradziłabyś kobietom, które nie wiedzą, od czego zacząć zmiany w życiu?

Ta książka wiele dla mnie znaczy, bo uwielbiam czytać historie kobiet, które odważyły się na zmianę. I jak wynika z tej lektury, ma ona niejedno oblicze. Dla niektórych będzie to porzucenie pracy, dla innych otwarcie własnej działalności, dla jeszcze innych wyjazd do Nowej Zelandii, czy po prostu wejście na szczyt góry albo częstsze mówienie NIE. Nie do końca czuję się ekspertem do doradzania komuś. jak wprowadzić zmianę, bo sytuacje, w jakich się znajdujemy, mogą być kompletnie różne i ostatnią rzeczą, jaką bym chciała robić, to pokazywać, że wszystko jest możliwe. Sama wielokrotnie weryfikowałam wcześniejsze przekonania, znajdując się w nowym punkcie, np. to, co było realne w życiu singla czy DINK-sa było trudniejsze przy posiadaniu jednego dziecka i często prawie niewykonalne w wielodzietnej rodzinie.

Wymienię rzeczy, które mnie się sprawdziły

Ewidentnie takim pierwszym krokiem byłoby znalezienie grupy wsparcia. To może być terapia grupowa, ale jest mnóstwo kręgów (ja kocham te kobiece), spotkań networkingowych, życzliwych ludzi nawet w sieci, a Szkoła Liderek jest jednym z takich miejsc! Sądzę, że warto otaczać się osobami, które są w podobnym punkcie. Mnie regularne spotkania z dziewczynami, które poznałam na różnych etapach mojego życia, dają ogromną siłę. Czasami łatwiej jest pogadać o swoich dylematach z osobami spoza rodziny/najbliższych znajomych, bo mogą przeżywać podobne rozterki, a do tego nie podcinają skrzydeł (w dobrej wierze). Tego, jak cudownie działa taka grupa wsparcia doświadczyłam, przenosząc się do innego kraju z małymi dziećmi czy rozwijając własną firmę, a także na początkach bycia mamą.

Myślę, że nauczenie się proszenia o pomoc to kolejny krok, a potem to już płynie. Polecam też literaturę, ale uważałabym, żeby nie poprzestać na samym czytaniu bez wprowadzania wiedzy w życie. Wiem, co mówię, bo jestem maniakiem wszelkich dostępnych poradników i autorką wywiadów. Aktualnie pracuję nad nimi z super babkami z Pragi, wkrótce będą dostępne w druku, zapraszam do odwiedzenia: https://annatrafisz.com/.

Zapraszam również na mój fan page: https://www.facebook.com/wakawakafotografia/

Gdybyś mogła dać jedną radę dawnej sobie, to byłoby to…?

Być może przede mną kolejny przełom, bo myślę o tym, żeby się przekwalifikować, ale oczywiście nie porzucając mojej fotomiłości. Po tych wszystkich doświadczeniach wiem, że trzeba działać pomimo lęku. BÓJ SIĘ I RÓB. Gdybym nie sprawdziła niektórych opcji, nigdy nie wiedziałabym, czy coś jest właśnie dla mnie. I tak zamierzam funkcjonować i testować do emerytury, bo mam poczucie, że nasze potrzeby na przestrzeni życia w naturalny sposób się zmieniają.

Słuchaj siebie – to hasło nie jest przereklamowane! 🙂